poniedziałek, 29 maja 2017

Wojna dopuszczalna i wojna słuszna




(Fragmenty książki De Virtute Militari J. M. Bocheńskiego, kapelana II Korpusu i uczestnika bitwy o Monte Cassino)
 
I. ZAŁOŻENIA ETYKI WOJSKOWEJ
1. Dopuszczalność wojny.
1. Przeciw dopuszczalności wojny wysuwa się ze strony tzw. pacyfistów radykalnych głównie trzy grupy zarzutów. Mówi się najpierw, że jedyną rzeczywistością jest człowiek, podczas gdy społeczeństwo jest fikcją; nie wolno zatem poświęcać jednostki dla społeczeństwa; a że prowadząc wojnę właśnie takiego poświęcenia się wymaga, wojna jest etycznie niedopuszczalna. Dalej, w imię tzw. uczuć humanitarnych albo miłości bliźniego, twierdzi się, że nie wolno używać siły do załatwiania swoich sporów z innymi; wojna, będąc właśnie stosowaniem takiej siły na wielką skalę, jest więc przestępstwem. Wreszcie wysuwa się zarzut najważniejszy: życie ludzkie ma być rzekomo najwyższą wartością; nie wolno więc niszczyć go pod żadnym pozorem.
Wszystkie te zarzuty oparte są jednak na fałszywych przesłankach i wskutek tego niczego nie dowodzą.
2. Najpierw nieprawdą jest, by społeczeństwo było fikcją, gdyż jest ono rzeczywistością najzupełniej realną. Co prawda społeczeństwo nie jest rzeczą (taką jak np. Giewont albo człowiek), ale niemniej stanowi coś rzeczywistego: zbiór ludzi zespolonych realnymi relacjami. Społeczeństwo jest ukonstytuowane przez te relacje, które łącząc ludzi w dążeniu do wspólnego celu (dobra wspólnego) daje podstawę twierdzeniu, że społeczeństwo jest czymś więcej niż ludzie którzy na nie się składają. Jako takie społeczeństwo ma własne prawa i w pewnych okolicznościach może żądać, aby jego członkowie poświęcali własne interesy ze względu na te prawa. Argument oparty na tej przesłance tym samym upada.
3. Równie chybiony jest argument powołujący się na tzw. uczucia humanitarne i miłość. Uczucia same nie mogą stanowić miernika wartości etycznych, gdyż uczucia są funkcjami psychiki niższej, posiadamy je wspólnie ze zwierzętami, podczas gdy etyka obraca się w sferze ponaduczuciowej. Gdybyśmy mieli w etyce kierować się uczuciami, w ogóle żadnej etyki nie można by podtrzymywać, gdyż uczucia bywają różne i zmienne u różnych ludzi. Jest zresztą rzeczą oczywistą, że często uczucia są sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem, etycznym - tak np. uczucie litości u matki, która wzdraga się przed ukaraniem dziecka, choć to ukaranie jest ze względu na jego dobro konieczne.
Jeśli natomiast chodzi o miłość, zachodzą u pacyfistów aż dwa nieporozumienia. Z jednej strony mieszają oni miłość chrześcijańską, o której tu mowa, z jakimś tkliwym uczuciem miłości - podczas gdy miłość jest nastawieniem woli na dobro bliźniego, działać może zatem nawet wbrew uczuciom, twardo i bezwzględnie. Po wtóre, pacyfiści słusznie twierdzą, że miłość w pewnych okolicznościach skłania do niedochodzenia praw własnych, ale najzupełniej bezpodstawnie przenoszą tę zasadę na prawa cudze. Otóż nieprawdą jest by należało, a nawet wolno było, w imię miłości zrzekać się praw nie naszych, ale innych osób, za które jesteśmy odpowiedzialni. Tak np. ojcu, który widzi, że życiu jego dziecka grozi śmierć z ręki bandyty, nie wolno zrzekać się prawa obrony jego życia, co więcej ma on właśnie w imię miłości ścisły obowiązek strzelić do napastnika.
Tym samym i ta argumentacja radykalnego pacyfizmu upada.
4. Bezpodstawny jest wreszcie trzeci argument, wychodzący z założenia, że życie ludzkie jest najwyższą wartością. Takie założenie wynika ze skrajnie materialistycznego i indywidualistycznego poglądu na świat, poglądu, przed którym wzdraga się zdrowy rozum etyczny. Zawiera on również podwójny błąd. Najpierw nieprawdą jest, by cokolwiek ludzkiego stanowiło wartość najwyższą: każda etyka zakłada, że człowiek istnieje i ma działać dla wyższych, absolutnych i boskich wartości. Po wtóre, nawet w obrębie wartości ludzkich za najwyższe dobro nie może być uważane życie doczesne, gdyż człowiek posiada nieśmiertelnego ducha, którego życie pozagrobowe jest znacznie ważniejsze od życia na ziemi. Istnieją natomiast różne wartości wyższe niż życie ziemskie indywidualnego człowieka. Taką wartością jest najpierw życie duchowe jego narodu, tj. jego wiara i kultura. Jest nią dalej samo życie doczesne społeczeństwa, gdyż człowiek stanowi część społeczeństwa pod względem ciała, i powinien się za nie poświęcić. Wreszcie życie poszczególnych obywateli zagrożonych przez nieprzyjaciela wymaga odparcia go nawet kosztem życia napastnika. Nie jest wykluczone również, że nawet dobra gospodarcze mogą w pewnych okolicznościach być bronione orężem: tak np. w krajach, które nieprzyjaciel stara się zepchnąć w skrajną nędzę, z której większość obywateli pędzić musi życie okrutne, przedwcześnie skrócone, w tych wszystkich okolicznościach wolno i trzeba narazić siebie w obronie owych wartości. Tym bardziej wolno skierować broń na nieprzyjaciela, który tym wartościom zagraża.
A więc i trzecia grupa argumentów radykalnego pacyfizmu upada.

5. Obok pacyfistów radykalnych występują przeciw dopuszczalności wojny także myśliciele, którzy przyznają wprawdzie, że w zasadzie wojna byłaby dopuszczalna pod pewnymi warunkami, że jednak te warunki nigdy się nie spełniają, albo przynajmniej, że w czasach obecnych nie mogą się spełnić. Istnieje mianowicie ogólna norma etyczna, według której nawet zasadniczo dozwolonej czynności nie wolno wykonać, o ile jej wynikiem będzie zło nieproporcjonalnie większe od uzyskanego przez nią dobra, tj. o ile wartości dodatnie zniszczone przez tę czynność są znacznie większe od wartości uzyskanych. Tak np. nie wolno zabijać człowieka, aby odzyskać parę groszy, choćby on nam te grosze bezprawnie zabrał itp. Otóż według pewnych myślicieli wojna powoduje zawsze więcej szkód niż przynosi korzyści i to zarówno pod względem materialnym, jak i moralnym. Pod względem materialnym, gdyż koszty jej przekraczają znacznie najwyższe nawet zyski i kontrybucje wojenne: pod względem moralnym, gdyż wynikiem wojny jest ruina duchowa milionów ludzi i ogólny upadek etycznego poziomu kraju. Wobec tego wojna w praktyce jest zawsze niedopuszczalna.
I ten argument nie jest jednak przekonywujący. Wojny nie toczy się najpierw nigdy wyłącznie o wartości materialne, a przynajmniej nie wolno takiej wojny toczyć; czy więc koszty wojny są większe czy mniejsze od zysków ekonomicznych, jest dla etyki sprawą dość obojętną. Natomiast jeśli chodzi o straty moralne, przesłanka założona przez omawiany kierunek nie jest wcale oczywista: nie wydaje się pewne, że zdziczenie moralne, które istotnie obserwujemy stale po większych wojnach, było właśnie wynikiem samej wojny; prawdopodobnie jest w dużej mierze tylko przejawieniem się na zewnątrz rzeczywistego stanu etyki w danym społeczeństwie. Skądinąd nie ulega wątpliwości, że wojna jest szkołą bardzo wysokich cnót, i że wielu ludzi wychodzi z niej moralnie podniesionych, a nie poniżonych. Po trzecie, nie jest wcale oczywiste, że zdziczenie powojenne (względne zresztą, jak powiedzieliśmy) jest gorsze od tego, co by mogło wystąpić w razie zajęcia kraju przez nieprzyjaciela, przynajmniej w pewnych okolicznościach, których tak wiele było np. w dziejach Polski (Tatarzy, Turcy, Bolszewicy).
Nie można więc twierdzić, że warunki konieczne do prowadzenia wojny zgodnie z zasadami etyki nigdy się nie sprawdzają.
6. Powyższe teoretyczne wywody objaśni może zastanowienie się nad dwoma konkretnymi przykładami. Wyobraźmy sobie, że jakieś państwo jest zagrożone podbiciem przez sąsiada, który głosi otwarcie, że uważa tylko swoich obywateli za ludzi pełnowartościowych, a podbitą ludność zamierza najpierw obrócić w rodzaj bydła roboczego, a następnie - wytępiwszy jej wiarę, sztukę i naukę - zniszczyć ją za pomocą np. masowych sterylizacji. Drugi przykład: wyobraźmy sobie, że nasze państwo zagrożone jest przez sąsiada, który zamierza, zająć jego terytorium, wymordować znaczny odsetek obywateli, reszcie natomiast narzucić własną obcą nam i może nawet niższą kulturę, połączoną z zupełnym zniszczeniem wszelkich wartości duchowych podbitego narodu. W obu wypadkach zdrowy rozsądek etyczny każe twierdzić, że obywatele zagrożonego państwa mają obowiązek narażać własne życie, używać siły do obrony, strzelać do żołnierzy nieprzyjacielskich, i to bez względu na skutki moralne, jakie po wojnie wyniknąć mogą w ich własnym kraju, nie mówiąc już o materialnych. Bo wszystko byłoby gorsze od zezwolenia na podbój. Kto tego nie widzi, jest moralnie ślepy i chory.
Istnieją zatem wypadki, w których wojna jest nie tylko dopuszczalna, ale jest nawet ścisłym obowiązkiem.
2. Wojna słuszna.
1. Uzasadniliśmy w powyższych rozważaniach twierdzenie, że wojna może być etycznie dopuszczalna; nie wynika z tego jednak, by była nią zawsze i wszędzie: aby istniała moralna podstawa do toczenia wojny, muszą zachodzić okoliczności, które nadają jej charakter wojny słusznej. Można je zgrupować około trzech zasadniczych: słuszna sprawa, prawy zamiar i autorytet właściwej władzy.
2. Sprawa, o którą wojnę się toczy, musi być najpierw sprawą słuszną: stosunki między państwami, jak i między jednostkami regulować powinna mianowicie najwyższa zasada sprawiedliwości: „suum cuigue" - „każdemu to co mu się należy". Nie wolno więc wypowiadać wojny w celu odebrania innemu narodowi czy państwu słusznie należnych mu wartości i praw. Wojna jest etycznie dopuszczalna tylko wtedy, gdy toczy się w imię własnego, przez innych nie zachowanego prawa, w tym znaczeniu można powiedzieć, że tylko wojna obronna jest słuszna.
3. Trzeba jednak to powiedzenie dobrze rozumieć. Nie znaczy ono, by nikomu nie wolno było wojny wypowiadać, gdyż często zdarzy się, że dla zachowania czy zdobycia wartości, które naszemu państwu się należą, wypadnie właśnie wojnę wszcząć. Tak np. wypowiedzenie przez Polskę wojny Turkom z 1683, było słuszne, gdyż chodziło nie o odebranie innym ich praw, ale o zapewnienie poszanowania własnych. Często zresztą wypowiedzenie wojny będzie konieczne ze względów bezpieczeństwa, skoro oczywistym staje się, że nieprzyjaciel wojnę wypowie sam, gdy nadejdzie dogodniejsza dla niego sposobność, aby odebrać naszemu państwu słusznie mu należące się wartości.
Po wtóre, nie trzeba mieszać obronnego charakteru wojny z defensywą strategiczną i taktyczną. Bez względu mianowicie na cel, jaki państwo stawia sobie w wojnie, a więc niezależnie od tego, czy chodzi w niej o obronę swojego stanu posiadania, swoich praw, czy też o sprzeczne z etyką odebranie praw cudzych, naczelny wódz i wojsko stawiać sobie muszą tylko jedno zadanie: zniszczenie żywej siły wojsk nieprzyjacielskich, gdyż jest to koniecznym warunkiem osiągnięcia celu państwa. Skoro więc wojna się już toczy, niezależnie od tego kto ją wypowiedział i dlaczego, będzie nieraz potrzebne działanie zaczepne, także po stronie tego, kto jest napadnięty. Napastnik w etycznym słowa znaczeniu to więc nie to samo, co państwo wypowiadające wojnę, rozpoczynające kroki wojenne, ani tym bardziej prowadzące ofensywę.
4. W praktyce konieczne jest stosowanie się do umów międzynarodowych. Ogólne bezpieczeństwo świata wymaga, aby umowy były dotrzymywane, nawet, gdyby w danych warunkach stały się już niesprawiedliwe. Mogą być oczywiście wyjątki od tej zasady, gdy jakaś umowa staje się bardzo krzywdząca dla jednej ze stron; ale nawet w tym wypadku państwo pokrzywdzone ma obowiązek użyć wszystkich środków pokojowych, zanim przystąpi do wojny. Z reguły obowiązuje ścisłe wykonywanie wszystkich umów. Rzecz jasna także, że na wojnie obowiązują również umowy specjalnie zawarte na jej wypadek.
5. Z tym pierwszym warunkiem przedmiotowej słuszności wojny łączy się drugi, etycznie również bardzo ważny: wojna jest etycznie dopuszczalna tylko wtedy, gdy prowadzący wojnę mają prawy zamiar. Nie tylko przedmiotowo, ale i podmiotowo, w sumieniu walczących, wojna powinna być słuszna: zarówno wodzowie jak i żołnierze powinni mieć na celu wyłącznie uzyskanie dla swojej ojczyzny słusznie jej należnych praw - a nie inne niższe motywy, jak chęć bezprawnego zysku, zemsty itp. Zdarza się mianowicie, że wojnę ktoś rozpoczyna w imię zupełnie słusznych żądań, ale ubocznie chciałby przekroczyć swoje uprawnienia i w razie zwycięstwa postąpić jak rozbójnik. Słuszność podmiotowa jest więc istotnym warunkiem sprawiedliwej wojny.
6. Trzecim warunkiem słuszności wojny jest prowadzenie jej przez prawowitą władzę. Nikomu innemu wojny wszczynać, ani prowadzić nie wolno, z tej prostej przyczyny, że wojnę toczy państwo, a nie poszczególne jednostki - a podejmować tak ważną decyzję w sprawach państwowych mogą oczywiście tylko ci, którzy w nim posiadają władzę i są za nie odpowiedzialni. Powyższa zasada ważna jest także ze względu na bezpieczeństwo stosunków międzynarodowych. Dzięki jej zachowaniu wszyscy wiedzą, że wojna i pokój zależą nie od porywów jednostek i tłumów, ale tylko od woli określonej grupy odpowiedzialnych za całość przedstawicieli państwa. Znacznie trudniejsza jest sprawa, nawiasem mówiąc, gdy chodzi nie o wojny w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale o tak zwane wojny domowe i rewolucje. Wówczas określenie, kiedy czyn zbrojny jest etycznie dopuszczalny, natrafia na znaczne trudności. To zagadnienie nas tutaj jednak nie zajmuje, gdyż omawiamy wyłącznie etykę wojny międzypaństwowej.
7. Na uwagę zasługuje pod tym względem ważna zasada etyczna, głosząca że do rozstrzygania czy dana wojna jest słuszna, powołani są w zwykłych warunkach tylko ludzie stojący na czele państwa, a nie żołnierze, wyjąwszy wypadek zupełnej oczywistości, że wojna jest niesłuszna. Wynika stąd, że żołnierz niemal zawsze idzie w bój z czystym sumieniem. Nawet gdyby wojna była niesłuszna, odpowiedzialność ponoszą za nią rządzący - dopóki sprawa nie jest oczywista żołnierz ma nie tylko prawo, ale i obowiązek słuchać i bić się. Mówiąc „żołnierz" mamy tutaj na myśli (podobnie jak w całej książce) nie tylko szeregowców, ale także oficerów.
8. Obok wyrażenia „wojna słuszna” występuje często także zwrot „wojna święta". Aby nadać temu wyrażeniu poprawne znaczenie, należy pamiętać, że etyka katolicka nie uznaje różnicy między normami religijnymi a etycznymi: każda norma religijna jest normą etyczną (gdyż nakłada pewne obowiązki) i na odwrót, każda norma etyczna jest w pewnym tego słowa znaczeniu normą religijną (gdyż opiera się w ostatecznej analizie na myśli i prawie Boga). W tym więc szerokim znaczeniu każda wojna słuszna jest święta i istnieje sankcja religijna (pozagrobowa) dla norm nią rządzących.
Wśród obowiązków, które etyka omawia istnieje jednak pewna grupa mająca za przedmiot Boga, względnie Jego cześć. Te sprawności i związane z nimi normy można nazwać „religijnymi" w ściślejszym słowa znaczeniu, czyli „świętymi". Wynikają z nich jednak dwa rodzaje czynów: jedne bezpośrednio (tak np. ze sprawności religii wynika bezpośrednio modlitwa), inne pośrednio (np. z wiary wynika miłosierdzie). Czyny wojenne nie wynikają bezpośrednio z żadnej ze sprawności religijnych, w ścisłym słowa znaczeniu nie mogą więc być nazwane „świętymi", tj. żadna wojna nie jest „święta" w najściślejszym znaczeniu słowa: Natomiast niektóre wojny prowadzi się dla obrony praw boskich i wolności spełniania obowiązków religijnych. Te wojny są więc święte nie tylko w znaczeniu najogólniejszym, jak każdy czyn etyczny, ale w jakimś znaczeniu bliższym ścisłemu, choć z nim się nie pokrywającym, w tym też znaczeniu możemy powiedzieć, że wojną świętą była wojna prowadzona przez Polskę z Rosją w 1919-20 r.

Józef Maria Bocheński OP


czwartek, 25 maja 2017

Kto mordował w Katyniu?




Kto mordował w Katyniu
Zabójcy przyjechali z Moskwy do Kalinina - przed rewolucją noszącego nazwę Tweru - specjalną salonką. Na czele grupy stał ponury czekista Wasilij Błochin, najsłynniejszy kat w historii Związku Sowieckiego.
Towarzyszyli mu Nikołaj Siniegubow i Michaił Kriwienko. Przywieźli walizkę pełną pistoletów Walthera, amunicję i kilka skrzynek wódki. Praca, którą mieli wykonać, wymagała bowiem dużej ilości alkoholu. Pracą tą było zamordowanie 6,3 tysiąca ludzi.
Na mnie zrobiło niesamowite wrażenie, gdy po raz pierwszy weszli do mnie do gabinetu. Błochin, Siniegubow i Kriwienko. „No chodźmy, zaczniemy, idziemy!” - zeznał w 1991 roku Dmitrij Tokariew, były szef NKWD w Kalininie. - Tak więc poszliśmy. I wówczas zobaczyłem całą tę grozę. Błochin włożył swoją odzież specjalną: brązową skórzaną czapkę, długi skórzany brązowy fartuch, skórzane brązowe rękawice z mankietami powyżej łokci. Na mnie wywarło to olbrzymie wrażenie. Zobaczyłem kata.
W nocy 5 kwietnia 1940 roku w gmachu NKWD przy ulicy Sowieckiej 6 rozpoczął się masowy mord. Zabójcy działali metodycznie, spokojnie, rutynowo. Niczym na taśmie produkcyjnej.
Polscy jeńcy - żołnierze KOP-u, policjanci, żandarmi - byli pojedynczo wywoływani z cel. Następnie strażnicy prowadzili ich do, znajdującej się w każdej większej instytucji sowieckiej, świetlicy leninowskiej. Było to miejsce, w którym na ścianie wisiała gazetka ścienna, znajdowało się popiersie pierwszego wodza rewolucji, stał regał z komunistyczną literaturą.
Tam skazanych pytano o nazwisko, imię ojca i datę urodzenia. Po potwierdzeniu danych strażnik zakuwał ich w kajdanki. Pojedynczo wyprowadzano ich do sąsiedniej celi, gdzie czekał kat. Po przekroczeniu drzwi oprawca bez uprzedzenia przystawiał ofierze lufę do potylicy i naciskał spust. Huk wystrzału - i koniec. Nie ma człowieka. W kolejce czeka następny.
Gdy Polak padał martwy na ziemię, do świetlicy leninowskiej wprowadzano już następnego skazańca. I cała procedura się powtarzała. Od zmierzchu do świtu. Aby kolejni mordowani nie słyszeli strzałów, Błochin kazał obić drzwi i ściany katowni grubą warstwą wojłoku.
(…)
Jednej nocy w Kalininie odbywało się około 300 egzekucji. Tyle wynosiła „norma”. Pierwszej nocy pod lufy dostarczono 343 Polaków, ale okazało się, że to zbyt wiele. Mordercy przecenili swoje możliwości - noc była zbyt krótka.
Ostatnich ludzi musieli mordować więc w pośpiechu, przy świetle dziennym. A to groziło dekonspiracją. Cała operacja odbywała się bowiem w ścisłej tajemnicy. Błochin zdecydował więc nieco obniżyć „normę”. W efekcie, aby zgładzić ponad 6 tysięcy ludzi, enkawudziści potrzebowali ponad półtora miesiąca. 22 maja było po wszystkim.
Bankiet w salonce
Trójka przybyłych z Moskwy zawodowych katów nie była w stanie zamordować wszystkich Polaków. Do wykonania zadania potrzebni byli członkowie miejscowego aparatu. I to wielu. Nawet w czasie Wielkiego Terroru lat 1937-1938 NKWD nie mordowało bowiem w tak szybkim tempie tak wielu ludzi.
Naprędce skompletowano więc „specgrupę”, która miała wykonać zadanie. W jej skład weszli oficerowie śledczy, strażnicy więzienni, kierownik garażu i zwykli kierowcy. A także pracownicy biurowi. W sumie około trzydziestu ludzi. Zostali oni wytypowani przez szefa kadr NKWD w Kalininie, niejakiego Borisowa.
Choć formalnie mordowanie ludzi nie leżało w obowiązkach pracowników NKWD niższego stopnia, w praktyce odmówić nie mogli.
Jeszcze w marcu 1940 roku na specjalnej odprawie szefów trzech obwodowych NKWD - kalinińskiego, smoleńskiego i charkowskiego - Bogdan Kołubow wydał wyraźną instrukcję, że po zakończeniu operacji nie powinno się pozostawić żadnego świadka, który sam nie byłby zaangażowany w mordowanie. Żadnego „nie splamionego”.
(…) Większość funkcjonariuszy kalinińskiego NKWD nie miała większych oporów przed mordowaniem bezbronnych polskich jeńców.
Motywem mogła być oczywiście fanatyczna wiara w komunistyczne idee lub wrodzony sadyzm. Z reguły jednak bodźcem była obietnica gratyfikacji finansowej. A także odbywające się po wymordowaniu każdej partii jeńców sute libacje. Dla zabiedzonych ludzi sowieckich była to nie lada pokusa.
Na krótko przed świtaniem, gdy zamordowano ostatniego Polaka, Błochin zbierał od zabójców pistolety i sprawdzał ich stan techniczny. Broń szybko się zużywała i dlatego właśnie oprawcy przywieźli z Moskwy całą walizkę waltherów.
Następnie - jako nagrodę za dobrze wykonane zadanie - Błochin rozdawał luksusową zakąskę i rozlewał wódkę. Najprawdopodobniej pito jednak również przed i podczas zabijania. Jedzenie pobierano zaś wieczorem z resortowej stołówki. Kiełbasę, jesiotra, białe bułki.
Alkohol dawał zabójcom niezbędne znieczulenie, pozwalał stłumić grozę dokonywanego w piwnicach strasznego mordu. I ułatwiał wykonanie ostatniej części operacji. Nad ranem wszyscy biorący udział w mordach musieli bowiem usunąć ciała.
Wynosili je na więzienne podwórze, gdzie czekało już pięć-sześć ciężarówek krytych brezentem. Brezent ten później Błochin kazał spalić, a pokryte krwią i tkanką mózgową platformy ciężarówek starannie wyszorować.
Ciała wywożono do podmiejskiego letniska Miednoje. Tam zwalano je do masowego grobu (…) Gdy jeden z nich po latach chciał wykopać piwnicę na kartofle, otrzymał surowy zakaz. Powód był zrozumiały...
(…)
Wszyscy biorący udział w mordowaniu Polaków otrzymali nagrody pieniężne - równowartość miesięcznych poborów lub 800 rubli. W postsowieckich archiwach zachowały się listy nagrodzonych, stąd znamy ich tożsamość. Co ciekawe, pieniądze otrzymały nawet sekretarki, które po nocach mozolnie przepisywały na maszynie listy straconych.
(…)
W dwóch pozostałych miejscach, w których w 1940 roku mordowano polskich jeńców - Smoleńsku i Charkowie - operacja ta została przeprowadzona w podobny sposób. Tam także przyjechali „specjaliści” z Moskwy, którzy przejęli kontrolę nad lokalnym NKWD.
Nie oznacza to jednak, że nie było różnic. Na przykład smoleńskie NKWD mordowało nie tylko w piwnicy swej siedziby przy ulicy Dzierżyńskiego 13, ale również bezpośrednio nad dołami śmierci - na terenie ośrodka wypoczynkowego bezpieki w położonym pod miastem Katyniu. (…) To właśnie w Katyniu znaleziono ciała pokłute bagnetami, oprawcy skrępowali również część polskich oficerów pętlami zaciśniętymi wokół szyi i rąk. Poruszenie dłońmi skutkowało podduszeniem.
W Smoleńsku i Charkowie początkowo używano rewolwerów Nagant. Broń ta okazała się jednak niepraktyczna. Trzeba było bowiem wyznaczyć specjalnego człowieka do wyjmowania z bębenka łusek i ładowania nabojów, co przy liczbie ofiar i tempie, w jakim je mordowano, opóźniało całą procedurę.
Przestawiono się więc na zdecydowanie bardziej praktyczne walthery. Ich zaletą było również to, że szybko się nie nagrzewały i nie parzyły oprawców w ręce.
Istniały również pewne różnice w sposobie uśmiercania. O ile zbrodniarze w Smoleńsku/Katyniu i w Kalininie strzelali ofiarom w potylicę, o tyle w Charkowie celowali w kark - na wysokości dwóch-trzech pierwszych kręgów szyjnych.
Robiono to pod takim kątem, że pocisk, przerwawszy kręgi, wychodził okiem, jamą nosową lub ustami. „Zaletą” tego sposobu eksterminacji było mniejsze krwawienie z rany, a co za tym idzie - było mniej sprzątania. Oprawcy z morderczej taśmy produkcyjnej starali się „optymalizować” swoją pracę.
W latach 1990-1992 rosyjska prokuratura przeprowadziła szereg przesłuchań Mitrofana Syromiatnikowa, kata z Charkowa.
Braliśmy szynele, czapki - zeznawał. - Trzeba było przecież przykrywać ich, trzeba było owijać czymś głowę. Rozumiecie. Żeby nie krwawiła. Owijaliśmy od razu po rozstrzelaniu. Braliśmy ich stamtąd i układaliśmy na samochodzie, na przemian. Jednego głową w jedną stronę, drugiego w przeciwną. I tak stopniowo, do brzegu.
(…)
Ciała Polaków zamordowanych w więzieniu NKWD w Charkowie wywożone były do miejscowości Piatichatki, gdzie wrzucano je do dołów śmierci. Przed zasypaniem ciała zamordowanych posypywano proszkiem, który miał przyspieszyć proces rozkładu.
Potem przez pewien czas na miejscu pochówku dyżurowali czekiści. Jeżeli poziom ziemi gdzieś się obniżył, ich zadaniem było dosypanie piasku i wyrównanie gruntu. Po zamordowanych nie mógł pozostać żaden ślad.
Syromiatnikow w swoich zeznaniach ujawnił rzecz mrożącą krew w żyłach. Otóż w przeciwieństwie do Kalinina, w Charkowie Polaków wyprowadzano z cel po kilku. Stali oni na korytarzu ze skrępowanymi rękami, czekając na swoją kolej. Słyszeli więc strzały, którymi mordowano ich kolegów.
Na rozkaz komendanta miejscowego NKWD Timofieja Kuprija jedni strażnicy wprowadzali kolejnego Polaka, a inni wyciągali ciało z katowni. Trudno sobie wyobrazić, co musieli przeżywać skazani czekający na swoją kolej.
Co ciekawe, Kuprij, który był w Charkowie głównym katem, został później przeniesiony na stanowisko dyrektora kombinatu przemysłu tłuszczowego w Połtawie. Dokonał tam olbrzymich nadużyć i w efekcie stanął przed sądem.
Pobieda i zegarek
(…)
Aby wiedza o tym straszliwym ludobójstwie była pełna, trzeba jednak również zajrzeć na drugą stronę. Do mrocznego świata katów.
Po upadku komunizmu odtajniony został rozkaz numer 001365 wydany przez Berię po zakończeniu operacji katyńskiej, na mocy którego 125 funkcjonariuszy NKWD zostało nagrodzonych „za pomyślne wykonanie zadań specjalnych”.
Nikita Pietrow, znakomity rosyjski historyk z Stowarzyszenia „Memoriał”, wykonał mrówczą pracę i zidentyfikował niemal wszystkich wymienionych. Ich biogramy opublikował w dwóch - wydanych w Polsce - książkach Psy Stalina i Poczet katów katyńskich.
Przeglądając je, można stwierdzić, że nie ma żadnej prawidłowości. Część katów po 1940 roku pięła się po szczeblach kariery w sowieckim aparacie przemocy, część przeciwnie - wegetowała na poślednich stanowiskach lub została zamordowana przez nową ekipę rządzącą po śmierci Stalina.
Wśród morderców są ludzie rozmaitego wykształcenia, rozmaitej pozycji zawodowej, rozmaitego wieku i rozmaitych narodowości - Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini, Żydzi, przedstawiciele narodów wschodnich ZSRS. Zdecydowana większość miała pochodzenie chłopskie i robotnicze. Wcześniej pracowali jako palacze, kierowcy, tragarze.
Najstarszy to Iwan Stelmach, komendant więzienia NKWD w Smoleńsku, który gdy dokonywano mordów, miał pięćdziesiąt osiem lat. Dowodził rozstrzeliwaniami w Katyniu. Według nie sprawdzonej informacji zmarł w męczarniach - w „straszliwym bólu, który przeżerał mu wnętrzności”.
Najmłodsza na liście jest Anna Iwanowna Razorienowa. W 1940 roku miała zaledwie dwadzieścia jeden lat. Była maszynistką, która układała listy śmierci. Wierzyła w ideały komunizmu, z partii wystąpiła dopiero w 1990 roku.
Dobrze znane są losy najgłośniejszego z katów, Wasilija Błochina, który własnoręcznie zamordował 15 tysięcy ludzi. Najprawdopodobniej do dziś żaden masowy morderca nie zdołał się nawet zbliżyć do tego „rekordu”. Oprócz setek polskich jeńców Błochin podczas wewnętrznych sowieckich czystek zastrzelił między innymi: Lwa Kamieniewa, Grigorija Zinowjewa, Michaiła Tuchaczewskiego, Gienricha Jagodę, Nikołaja Jeżowa i pisarza Izaaka Babla. To, że wyznaczono go do tych zabójstw, oprawca uważał za zaszczyt.
W dowód uznania za wierną służbę Błochin dostał samochód osobowy GAZ M-20 Pobieda - Polakom znany jako Warszawa - i złoty zegarek. W przeciwieństwie do większości innych ważnych czekistów nie padł ofiarą żadnej czystki - dla kolejnych szefów NKWD był niezastąpiony. Zawsze cieszył się również protekcją samego wodza. Na emeryturę przeszedł dopiero po śmierci Józefa Stalina. Wydawało się, że wreszcie będzie miał czas na przeczytanie siedmiuset książek na temat hodowli koni, które zgromadził. Nieoczekiwanie zmarł jednak w 1955 roku na atak serca. Po wielu latach nocnej, wyczerpującej „pracy” miał zrujnowane zdrowie.
Jego dwaj pomocnicy z Kalinina zrobili zawrotną karierę. Nikołaj Siniegubow - wyjątkowy sadysta znany ze znęcania się nad więźniami - został wiceministrem kolejnictwa Związku Sowieckiego. Michaił Kriwienko pełnił zaś funkcję naczelnika sztabu Wojsk Konwojowych NKWD i szefa Głównego Zarządu d/s Jeńców Wojennych i Internowanych NKWD.
Dmitrij Tokariew był kolejno ministrem bezpieczeństwa w sowieckich republikach tadżyckiej i tatarskiej.
Ręce chirurga
Najciekawsze w całej sprawie nie są jednak ścieżki kariery, ale psychika zabójców. Czy zamordowanie takiej liczby ludzi odcisnęło na niej jakieś piętno, czy też przeszli nad tym do porządku dziennego i przystąpili do innych zadań?
Otóż - jak zwykle w takich wypadkach - zależało to od człowieka. W zeznaniach z 1991 roku Tokariew twierdził, że część morderców nie mogła spać spokojnie. Na przykład kierowca Tokariewa Nikołaj Suchariew, który w nagrodę za udział w mordowaniu Polaków otrzymał pistolet TT, z którego podobno się zastrzelił.
Czy to prawda? Trudno powiedzieć. Szczególnie że inna historia opowiedziana przez Tokariewa okazała się kłamstwem. Według niego inny morderca, Andriej Rubanow, w wyniku swojej krwawej roboty postradał zmysły. W rzeczywistości Rubanow dosłużył się stopnia pułkownika i dożył w dobrym zdrowiu do osiemdziesiątki.
Dużo jednak pił. Twierdził, że to dlatego, by zabić wyrzuty sumienia. „O Panie - mówił - ilu ludzi przeszło przez moje ręce. Samych Polaków ilu!”
Krew na rękach nie dawała jednak spokoju innemu zabójcy, Piotrowi Karcewowi. Według jego córki ojciec „bardzo przeżywał swoją winę”. Raz zabrał ją do Katynia i w miejscu, gdzie znajdowały się masowe mogiły polskich oficerów, położył się na ziemi i długo płakał. 18 stycznia 1948 roku Karcew odebrał sobie życie.
Typową „chorobą zawodową” katyńskich oprawców był alkoholizm. Wielu z nich dosłownie zapiło się na śmierć. Trudno jednak ocenić, na ile było to skutkiem samych egzekucji, a na ile elementem stylu życia ówczesnych sowieckich mężczyzn. Szczególnie pracujących w „organach”.
Weźmy na przykład kata Iwana Antonowa. Mieszkał z żoną i córką w dwóch skromnych pokojach w komunałce - pisał Nikita Pietrow w Poczcie katów katyńskich. - Według sąsiadów był małomówny, nigdy nie wypowiadał się na tematy związane ze służbą, nie rozmawiał o polityce. Tylko o sprawach codziennych. Sąsiad jak sąsiad - zupełnie zwykły człowiek. Był jednak szczegół, który szokował sąsiadów. Bardzo często Antonowa odwozili do domu nad ranem, kompletnie pijanego, i wciągali go po schodach. A wraz z nim - wielkie bukiety kwiatów. Przynosili bezwładne ciało otoczone kwiatami, tak jakby za każdym razem grzebali człowieka, który rozstrzelał własną duszę. A może wszystko było bardziej prozaiczne i zapach kwiatów miał ukryć zapach krwi, prochu i trupi odór. Gdy morderca dochodził do siebie - szedł do łazienki i długo mydlił pokryte rudą szczeciną dłonie.
Podobnie robił słynny sadysta Boris Rodos (…) W ramach operacji katyńskiej nadzorował zgładzenie 3435 polskich więźniów na terenie sowieckiej Ukrainy. Syn Rodosa: (…) Wracał do domu koszmarnie zmęczony, wycieńczony i bardzo długo, co pół godziny, ciągle od nowa namydlając ręce, mył je w umywalce. Po same łokcie. Jak chirurg (…)
A tak o swojej pracy mówił jeden z egzekutorów:
Oczywiście wódkę piliśmy do utraty przytomności. Co by nie mówić, ta praca nie należała do lekkich. Tak bardzo byliśmy czasem zmęczeni, że ledwo staliśmy na nogach. A myliśmy się wodą kolońską. Do pasa. Inaczej nie dało się pozbyć zapachu krwi i prochu. Nawet psy na nasz widok uciekały i jeśli szczekały, to z daleka.
Z powodu nadmiernego picia wielu „zasłużonych” w 1940 roku czekistów zostało wydalonych z „organów”. Skończyli na ulicy lub jako stróże nocni. Inni pracowali jako ślusarze lub szambiarze. Do końca życia ludzi zaangażowanych w mordowanie Polaków łączyła jednak wspólna tajemnica.
Jak pisze Nikita Pietrow, tworzyli zamknięty tajemny krąg. Często się spotykali - aby w milczeniu pić wódkę - mieszkali blisko siebie, mieli się nawzajem na oku. Gdy któryś zmarł, reszta, w ciemnych garniturach, przychodziła na pogrzeb. Co ciekawe, mordercy, nawet we własnym gronie, nigdy nie rozmawiali o tym, co działo się wiosną 1940 roku. I dbali o to, aby żaden z nich nie „puścił pary”. Tajemnica miała być dotrzymana do końca.
W ramach zbrodni katyńskiej zamordowano około 22 tysięcy Polaków. Katów było grubo ponad stu. Byli to ludzie bardzo różni. Różnej narodowości, różnej pozycji zawodowej i różne przyświecały im motywy. Różnie także reagowali na zbrodnie, które popełnili.
Wszystkich jednak łączy jedno - żaden za udział w zbrodni z 1940 roku nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Katyń pozostał zbrodnią bez kary.
Skrót artykułu Piotra Zychowicza, który ukazał się w „Historii Do Rzeczy” nr 2/2013

niedziela, 25 grudnia 2016

Opłatek z Zygmuntem Miernikiem, więźniem 3 RP

Opłatek z Zygmuntem Miernikiem – więźniem politycznym III RP

Koleżanki i Koledzy z Krakowa udali się 22 grudnia 2016 r. do Zakładu Karnego w Wojkowicach z opłatkiem do Zygmunta Miernika - więźnia politycznego III i IV RP. Nasz redakcyjny kolega (Zygmunt jest również dziennikarzem Wolnego Czynu) został skazany za słynny protest tortowy przeciw bezkarności zbrodniarzy komunistycznych. Zygmunt Miernik jest niewinny, gdyż uniewinni go każdy sąd uczciwy; szerzej o tym zobacz m.in. tutaj: https://sites.google.com/site/wolnyczyn/aktualnosci/panstwo-popis-a-ulaskawienie-zygmunta-miernika Apele do przedstawicieli PIS o uwolnienie Zygmunta Miernika do dziś nic jednak nie dały.  
Zdjęcia: Józef Wieczorek; film - Józef Wieczorek i Stanisław Tatara. Wolny Czyn kopiuje tu materiał oryginalny, opublikowany na stronie: https://wkrakowie2016.wordpress.com/2016/12/22/oplatek-z-zygmuntem-miernikiem-wiezniem-politycznym-iii-rp/


niedziela, 2 października 2016

Dlaczego jestem przeciwny ściganiu zbrodniarzy komunistycznych?

Łatwo stwierdzić istotę manipulacji, jaką jest wieczne „ściganie zbrodniarzy komunistycznych”. Idzie w niej o odwrócenie uwagi od problemów i wyzwań realnych i skierowanie jej na problem nierealny. To technika „łap złodzieja”. Albo technika „na Żyda”. Zwróćmy uwagę na ogromną ostatnio ilość memów antymuzułmańskich; nie wątpię że dżihadyści stanowią problem, ale na razie w Syrii, we Francji i podobnie odległych miejscach, a nie w Krakowie czy Poznaniu. To właściwie w swej prostocie jest banalne; warto pomyśleć, czy ogromna większość manipulacji lub osławionych „socjotechnik” i to na przestrzeni dziejów nie sprowadza się aby właśnie do odwrócenia uwagi manipulowanej ofiary, do podsunięcia jej wroga zmyślonego. 
Tytuł tego wpisu jest prowokacyjny. Uważam że zbrodniarzy komunistycznych należy ścigać, ale nie na niby, a naprawdę. Przedsięwzięcia jakie można rozważyć to nie obcięcie tym łajdakom emerytur a ich wyzerowanie, jak i odpowiedzialność zbiorowa – na mocy ustawy. Tak tak… Podniesie się pisk i wrzask – zwłaszcza zagranicą - o „prawach nabytych” i o „odpowiedzialności zbiorowej”; o „przedawnieniu”; ale jeśli Polska ma choć trochę być państwem nie tyle poważnym, co w ogóle prawdziwym, to i poważnie musi traktować swych wrogów - nawet tych z przypadku typu sprzątaczka, czy sekretarka; i demonstracyjnie podeptać zasady prawne owszem wiążące na co dzień – chyba że, jak tu, były nadużywane w charakterze prawnych nie zasad, a wihajstrów. Tymczasem miłośnicy rzekomego „ścigania” zbrodniarzy komunistycznych raz że nie chcą majestatu suwerenności, jaki nieodłączny jest od jednorazowego a trwałego aktu rozliczenia; aktu przywrócenia normalności; a dwa - chcą odpowiedzialność indywidualizować - co sprowadza od razu ich przedsięwzięcia do sfery absurdu. W gruncie rzeczy idzie im tylko o to, by zbrodniarze rzekli, że nie mieli racji i że postąpili brzydko. No – coś takiego Polskę może tylko ośmieszyć, jak pozorowany wyrok dla Kiszcza. Przy tym wszystkim, przy całym zdecydowaniu i zbiorowości wymierzenia sprawiedliwości, winno ono nastąpić jakby mimochodem; ot, jakby uchwalić podatek od sklepów wielkopowierzchniowych. Element powagi państwa, ale doraźnie nie zmienia absolutnie nic. Bo nie są to ludzie dla Polski groźni.
Trzeba właściwie nielichego tupetu by ludziom obrabowanym przez państwo, matkom którym odebrano dzieci, ofiarom organizowanej przez antypolicję przestępczości czy kilku milionom fałszywie skazanych – bo tylu ich w Polsce jest – wmawiać, że za ich sytuację odpowiadają jacyś Marsjanie.
Co do mnie to zapewniam, że mimo dekonspiracji i zatrzymania (rok 1984) nie torturowała mnie Służba Bezpieczeństwa. A w roku 2008 torturowali - bynajmniej nie dżihadyści, nie Marsjanie, ani żadni „zbrodniarze komunistyczni”, a Ewa Becelewska, Magdalena Dragan, i kierujący w Lublińcu gangiem Ludwik Wódka, Mengele południowej Polski. Po dwu tygodniach tortur zacząłem tracić wzrok. Tortury, przynajmniej w ogólnych zarysach, zaplanowali tzw. „sędziowie” tzw. „Sądu Okręgowego” w Gliwicach. Proceder porwań, nielegalnego więzienia i torturowania ofiar trwa w Lublińcu być może od dziesiątków lat; osłania go bowiem tameczna prokuratura rejonowa - a osobiście kierujący nią w rou 2008, 2009 Krzysztof Droździok. Czekam na wasze pozwy, Meine Damen und Herren, czy tam jak kto woli - panie i panowie zbrodniarze. Można rzec, że miałem pecha by trafić akurat w łapy tych esesmanów, a przy tym wiele szczęścia że przeżyłem. Inni mieli a to pecha, a to szczęścia mniej – jak to w życiu. Doprawdy wystarczy przejrzeć codzienne doniesienia medialne by stwierdzić, że Polska to taki Mordor.
Bezkarni zbrodniarze, zwłaszcza funkcjonariusze państwa, a tym bardziej nasyłani przez antypolicję przestępcy drobni bynajmniej nie wyczerpują listy wrogów Polski, bo figuruje na niej rozdęta do granic (nie)możliwości agentura Rosji w zestawieniu z którą nawet kodziarnia, czy platforma zamachowców, to doprawdy przysłowiowy pikuś.
Odpowiedź na pytanie, co dla Polski jest gorsze: zbrodniarze państwowi czy agentura Rosji zostawię państwu. Sądzę jednak, że Polska ma doprawdy dość wrogów realnych, szkodzących, i dzierżących władzę, by ich sobie szukać w innych epokach. Albo na innych planetach.   


Mariusz Cysewski

* * *
Kontakt: tel. 511 060 559

czwartek, 29 września 2016

Lex Nostra czy Lex Vostra?

Ludzie obeznani z mechanizmem działania wymiaru niesprawiedliwości w Polsce wiedzą, że PIS nie zamierza usuwać tej patologii, ani nawet jej naprawiać, a jedynie taką naprawę pozorować. Innymi słowy – wiele zmieniać, by wszystko zostało po staremu. Uważam że PIS należy popierać (przez 500+ i politykę zagraniczną) – choć pozorowanie chęci naprawy wymiaru niesprawiedliwości nasuwa czarne myśli. Stwierdzenie fikcyjności zmian w wykonaniu PIS wymaga wiedzy i doświadczenia (osobistego) - i o ile nie brak nam ich co do wymiaru niesprawiedliwości, to o realiach programu 500+ i polityce zagranicznej wiemy mniej. A skoro PIS jedynie pozoruje reformę „sądów”, czemużby nie miał pozorować i inne reformy? Albo: wszystkie swoje reformy? Plusem dla rządzących jest ich uczciwość. Nigdy nie kryli oni bowiem fikcyjności swego programu. Obecne pomysły i wypowiedzi polityków partii rządzącej są moim zdaniem tylko niewiele już wnoszącym rozwinięciem strategii pozorowania od dawna zawartej w programie PIS - opracowanym dawno i cyklicznie przypominanym również w okresie przedwyborczym. Pisałem o tym wielokrotnie, np. tu: https://sites.google.com/site/wolnyczyn/aktualnosci/jak-pis-naprawe-wymiaru-niesprawiedliwosci-chcial-pozorowac

Obok PIS inne środowiska przedstawiają pomysły własne. Należy do nich wielce zasłużona i bardzo aktywna, chwalebnie znana z wieloletnich zmagań z łajdactwami Trzeciej Rzeszy Pospolitej, z setek interwencji i rycerskiej obrony niewinnych Fundacja Lex Nostra i to jej propozycje przypomniane skrótowo kilka-kilkanaście dni temu (np. tu: http://3obieg.pl/sanacja-wymiaru-sprawiedliwosci-przypominamy-postulaty-fundacji-lex-nostra ) przez Dyrektora Fundacji pana Macieja Lisowskiego są tematem tego artykułu. Odniosę się do nich po kolei. Propozycje Fundacji poniżej są kursywą, ponumerowałem je, do każdej komentarz bezpośrednio poniżej.    

1) „Zwiększenie nadzoru nad postępowaniami prokuratorskimi poprzez przywrócenie funkcji sędziego śledczego, z sukcesem funkcjonującej w RP przed wojną”.
Jak bodaj każdy niepodległościowiec i piłsudczyk z rewerencją traktuję Rzeczpospolitą sprzed roku 1939; ale i niewiele widzę sensu w mechanicznym kopiowaniu rozmaitych jej rozwiązań powiedzmy nie najszczęśliwszych – i należy do nich funkcja sędziego śledczego. Normalne zadania sędziego są jak najodleglejsze od śledztw, a ich mieszanie doprowadzi tylko do patologii nowych, nawet dziś nam nieznanych. (Do zaburzenia wymaganego i przez obecną konstytutę-prostytutę tzw. podziału władz na władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą; NB. nasza obecna sytuacja to też wynik podobnego zaburzenia podziału władz – a dokładniej nieistnienia „władzy sądowniczej”, bo obecne „sądy” nie są tym co sugeruje ich nazwa).

2) „Przywrócenie idei rewizji nadzwyczajnej”.
Idea „rewizji nadzwyczajnej” nie musi być „przywracana”, bo i dziś nie brak różnych jak najbardziej formalnych i „usankcjonowanych prawem” możliwości podważania tzw. prawomocnych wyroków sądowych – choć nazwy tych możliwości są inne. By wskazać możliwość najprostszą: w dziedzinie prawa karnego prokurator w większości przypadków może zwyczajnie wznowić prawomocnie zakończone (wyrokiem) postępowanie karne.

3) „Stworzenie ram prawnych i organizacyjnych do realnego znaczenia ławników w postępowaniu sądowym – przywrócenie społecznej kontroli procesów sądowych”.
Bez zastrzeżeń, ale z dodatkowymi uwagami w zakończeniu.

4) „Bezpośrednie wybory Prezesów Sądów Apelacyjnych i Okręgowych, oraz Prokuratorów Apelacyjnych i Okręgowych”.
Realizacja takiego pomysłu nic nie da, i to z kilku powodów. Po pierwsze, z formalnego punktu widzenia łajdacy dziś udający „sędziów” „orzekają” wyroki niezależnie od prezesów swoich „sądów” i w zasadzie nie wiemy, kto wydaje im rozkazy. Osobiście podejrzewam, że są to przewodniczący wydziałów. Realizacja pomysłu Fundacji co do wyborów na powyższe funkcje spowoduje co najwyżej, że „sędziowie” od wybieranych urzędników będą niezależni tak formalnie (jak dziś), jak i faktycznie (jak dziś prawdopodobnie). Czyli nie zmieni się nic. Jedyne co mogłoby cokolwiek zmienić – to wybory samych sędziów bezpośrednio orzekających w poszczególnych sprawach; czyli wybory obejmujące nie kilkadziesiąt, a dziesięć tysięcy stanowisk. Po wtóre: domyślam się, że choć proponowane przez Lex Nostra wybory nic nie wniosą, to w dodatku na stanowiska prezesów sądów i na prokuratorów wymienionych szczebli kandydować mogliby tylko absolwenci studiów lewniczych? Czy nie jest to ta sama żulia co obecnie? Czy żulii tej nie wychowują aby ci sami ubecy, co zapluwają się na sam widok prezydenta Dudy, którego uznali za odstępcę? 

5) „Możliwość odwołania sędziów przez Prezydenta RP, np. na wniosek RPO czy organu, w skład którego mogliby wejść reprezentanci radców prawnych i adwokatów (tym samym konieczna reforma Krajowej Rady Sądownictwa). Musi istnieć poczucie, że funkcja sędziego nie musi być funkcją dożywotnią”.
Tiaaa… Już widzę jak pan Bodnar wnioskuje o odwołanie jakiegoś „sędziego”. I nie łudźmy się, że następny Rzecznik będzie jakoś poważnie lepszy. Albo już widzę taki „organ”, w jakiejś (sporej) części wyłoniony przez „adwokatów” – malowanych, bo polskosowieckich - który zawnioskuje o odwołanie jakiegoś „sędziego”. Taki kaktus mi wyrośnie. Teoretycznie nie jest to wykluczone absolutnie. Ale i dziś nie jest absolutnie wykluczona na przykład odpowiedzialność karna sędziego. Może nawet i jeden taki przypadek nastąpi rocznie? Kto wie? Ale nawet gdyby takich przypadków było z dziesięć – nie będzie to miało żadnego znaczenia wobec rozmiarów katastrofy cywilizacyjnej, jaką są dzisiejsze pseudosądy.

6) „Likwidacja immunitetów sędziowskich i prokuratorskich (oczywiście w ramach szerszej idei likwidacji immunitetów, także poselskich)”.
Likwidacja immunitetów to pomysł pod publiczkę i to swoistego rodzaju: publiczkę zawistną - której tylko w to graj by coś komuś zabrać (Grab nagrablennoje). Posłom (prawdziwym) potrzebne są immunitety dla obrony interesów polskich. Sędziom (prawdziwym) też potrzebne są immunitety dla ochrony przed „władzą wykonawczą”; a to, że w Polsce nie ma ani prawdziwych sędziów, ani posłów nie przekreśla samej idei immunitetów. Najpierw ustanówmy sędziów i posłów, prawdziwych. Takim immunitety będą potrzebne. A jeśli dalej uważamy, że na cholerę w Polsce sędziowie i posłowie - aaa… to w takim razie mam problem Houston dużo większy - a immunitety to wówczas najmniejsze z naszych zmartwień. I temat taki jak perspektywy wspinaczki w górach na Księżycu. Mniejsze tam ciążenie, no ale… biletów jakby nie da się kupić.

7) „Rozsądny dobór kadr sędziowskich, tak by aplikować do tej funkcji mogły jedynie osoby z rzetelnym prawniczym doświadczeniem, np. po 15 latach doświadczenia w pracy prawnika (w tym minimum 5 lat jako adwokat lub prokurator)”.
Kwalifikacje i przebieg kariery może byłyby istotne tam, gdzie można mówić o jakimś zróżnicowaniu orzeczeń – że są dobre, są złe, są głupie i mądre itd. Gdzie byłyby jakieś statystyki, z których mogłoby coś wynikać. Na przykład, dla analityków (ob)sceny politycznej w Polsce znaczenie ma, że w wyborach na PIS głosuje 55% a na PO 45% - mogą (jak dziś) bez końca tokować czy to dobrze czy źle, jak to rokuje i komu, kto się pokazał a kto ośmieszył itd. itd. Te głupie na ogół tokowania nie mają sensu wówczas, gdyby PIS albo PO zebrało 100% i gdyby się to powtarzało nieodmiennie od lat. Uznalibyśmy wówczas, że wybory to fikcja, nieprawdaż? Że od wyborców nic nie zależy?  
Podobnie nie ma znaczenia, kim jest, jakie ma przymioty ducha ani jakim doświadczeniem dysponuje udający sędziego czy prokuratora łajdak. Nigdy nie kieruje się on ani doświadczeniem, ani wiedzą, ani jakimikolwiek przymiotami osobistymi. Gdyby się kierował, to tzw. skazywalność – ilość skazań - w Polsce byłaby znacznie niższa niż obecne 98,25%. Byłby jakiś rozkład prawdopodobieństwa, jakaś statystyka… Wskaźnik skazywalności pewnie spadłby co najmniej o 20 procent „na dzień dobry”. Dziś „prokurator” i „sędzia” wykonują tylko rozkazy służb, a do tego żadne przymioty osobiste potrzebne nie są. Jeżeli wynik wyborów byłby 100% w którąś stronę, to „komisje wyborcze” byłyby zbyteczną ekstrawagancją, wyrzucaniem pieniędzy, nieprawdaż? Podobnie obecnych „sędziów” i „prokuratorów” z powodzeniem zastąpią automaty. Wajcha do przybijania pieczątki na wyrokach, które zapadają gdzie indziej. Automatowi i wajsze doświadczenie do niczego nie jest potrzebne.

8) „Jawne oświadczenia majątkowe sędziów i prokuratorów, a także oświadczenia o powiązaniach członków ich rodzin z wymiarem sprawiedliwości”.
To znów pomysł pod zawistną publiczkę – zob. komentarz do propozycji 6. Ale nie tylko. Pomysł to chybiony o tyle, że korupcja w wymiarze niesprawiedliwości to zjawisko albo skrajnie marginalne, albo zupełnie nieistniejące – i w każdym razie zupełnie nieistotne społecznie. Skoro „sędziowie” i „prokuratorzy” to tylko automaty wykonujące rozkazy, to logicznie wpłynąć na nich nie można w żaden sposób. Nawet łapówką. 

9) „Obowiązkowe badania lekarskie sędziów i prokuratorów, także psychologiczne”.
Tiaa… a gdy już odbędą te badania, niech jeszcze uklękną i przysięgną na swego Beliala, że tym razem już na pewno będą „niezawiśli” od służb, a swych prezesów na pewno. To znowu pomysł pod zawistną publiczkę – zob. komentarz do propozycji 6. Ale znów nie tylko. Otóż rzekome badania lekarskie prowadzić będzie jak zwykle tajna policja i obce służby a propozycja Lex Nostra sprowadza się do tego, by pod pozorem nieprzejścia rzekomych „badań” obce służby mogły najzupełniej formalnie wywalać z zawodu tych sędziów, którzy służbom z tego czy innego powodu nie będą pasować. Tych ekstremalnie nielicznych, liczonych w promilach tej populacji, którzy mieliby jakieś potencjalne zadatki na zawodową uczciwość. To jest strategia katyńska proszę państwa: zabić wszelką możliwość, wszelką ewentualność nie tylko oporu ale i niezależności – tedy zabijali nawet urzędników pocztowych i policjantów.    
10) „Wprowadzenie zakazu dodatkowego zarobkowania sędziów, np. poprzez prowadzenie zajęć edukacyjnych w prywatnych przedsiębiorstwach”.
To znowu pomysł pod zawistną publiczkę – zob. komentarz do propozycji 6. 

Podsumujmy.
Z dziesięciu propozycji Fundacji Lex Nostra trzy nic nie zmieniają.
Sześć lub siedem (zależy jak liczyć) na dziesięć też nie zmienia – a dotyczy cech, przymiotów, kwalifikacji i stanu majątkowego obecnych tzw. „sędziów”. Wedle znanej maksymy Stefana Kisielewskiego socjalizm to taki ustrój, który zajmuje się zwalczaniem trudności nieznanych w żadnym innym ustroju. Wynikałoby stąd, że nie byłoby czego naprawiać, gdyby tych „sędziów” zwyczajnie nie było.
Wywalenie na pysk wszystkich tych łajdaków zdawałoby się pożądane. Jest też aż nadto realne, czego dowodzą wydarzenia w Turcji, gdzie liczba aresztowanych – w dużej mierze tamtejszych lewników – idzie już w dziesiątki tysięcy. Gdybamy tu tylko - wiemy bowiem dobrze, że POPIS nigdy nawet nie rozważy czegoś podobnego. Ale moim zdaniem nie warto zawracać sobie głowy; taka swoista „opcja zerowa” zapewni Polsce ulgę tylko doraźną - najwyżej kilka lat - skoro nietknięty pozostanie system wyłaniania i korumpowania łajdaków kolejnych; takich samych lub jeszcze gorszych od obecnych. W dodatku za łajdakami tymi stoi antycywilizacja lewna całego antypaństwa polskiego, vel państwa antypolskiego. Wszak choćby na wydziałach lewa antyuniwersytetów aż huczą „zawiłe klątwy wschodnich alfabetów”[1] i wre nauczanie kazuistyki stosowanej w tłumaczeniach, że czarne to białe a białe czarne itd. Zapewniam że niewiele by pomogło gdybym to ja, albo szef Fundacji Lex Nostra – albo Papież - miał wybrać dziesięć tysięcy nowych sędziów z tak wytresowanych osobników. Trochę lepiej - ale też niewiele, i nie na długo – gdyby na stanowiska sędziów (jest ich w Polsce dziesięć tysięcy) wybierać ludzi przypadkowych. Najzupełniej przypadkowych, „z ulicy”. Chyba że stanowiska te byłyby kadencyjne… i to jak najkrócej kadencyjne – np. rok. Ale i tu oczywiste jest ryzyko, np. korupcji.
I tak logicznie dochodzimy do stanowiska sędziowskiego kadencyjnego najkrócej – na jeden proces – a na wszelki wypadek stanowiska dzielonego z innymi obywatelami by wykluczyć pomyleńców czy zwyczajnie powiedzmy zakłóconych. Dochodzimy do ławy przysięgłych złożonej z dwunastu ludzi przypadkowych właśnie, wylosowanych do wydania orzeczenia w jednym jedynym procesie; a po zakończeniu procesu z funkcji zwalnianych.
O zaletach ław przysięgłych pisałem wielokrotnie.  Do idei ław przysięgłych zdaje się nawiązywać postulat Lex Nostra nr 3. Jednak wrażenie to jest mylne przez eufemizmy przyjęte w tym tekście: „Stworzenie ram prawnych i organizacyjnych do realnego znaczenia ławników w postępowaniu sądowym – przywrócenie społecznej kontroli procesów sądowych”…
„Realnego znaczenia”???
„Społecznej kontroli”? To mi przypomina postulat Solidarności z roku 1981 o „przywróceniu społecznej kontroli” nad „środkami masowego przekazu”. Oczywiście - z pełnym poszanowaniem instytucji cenzury i interesów Związku Radzieckiego?
Panowie, bądźmy poważni. Postawmy sprawę na ostrzu noża. Nie było nigdy żadnej „kontroli społecznej” zgodnej z cenzurą i interesami ZSRR; tak i dziś nie do pomyślenia jest „kontrola społeczna” zgodna z funkcją „sędziego” w znanej dziś formie.
Albo sądy będą naprawdę niezawisłe od czynników zewnętrznych (gdy orzekać będą ławy przysięgłych) – albo, jak dziś, wykonywać będzie rozkazy służb i ambasad.
Albo Polacy będą sami o sobie stanowić – przynajmniej w kontekstach najbardziej bezpośrednio ich dotyczących – albo dalej, jak dziś, stanowić o nich będą służby i ambasady.
Albo sami będziemy spierać się w własnym gronie co jest prawdziwe, słuszne i sprawiedliwe, albo dalej – jak dziś – będą nam o tym wyć bolszewiccy muezini i najęte cizie oczekujący od nas nie tyle uległości, co walenia czółkiem w glebkę: „O effendi…” przed ich sprzedajnym, knajackim spryciarstwem.   
Albo Polska będzie mogła zacząć się integrować wokół wspólnych wyobrażeń swych najbardziej podstawowych interesów, albo będzie musiała dalej się dezintegrować – co dzieje się nieprzerwanie od 17 września 1939 r.
Wprowadzenie ław przysięgłych będzie dla Polski zmianą absolutnie fundamentalną. Historyczną. Porównywalną z odzyskaniem niepodległości (choć to inna płaszczyzna) albo z przywróceniem demokracji i wolnych wyborów – prawo do uczciwego sądu jest ważniejsze od demokracji. Porównywalną najbardziej bodaj ze zniesieniem pańszczyzny. To zdumiewające jak łatwo zepchnięto Polaków do czasów sprzed 1863 r. Dziś bowiem Polacy to po prostu niewolnicy Trzeciej Rzeszy Pospolitej, „zbydlęciali pod twych rządów knutem”, i z każdym swym niewolnikiem może ona zrobić – i robi – co jej się spodoba, łącznie z zabijaniem i torturami. Mam przypominać te przypadki? Przypomnieć nazwiska zabitych niedawno?
Po zdemontowaniu wymiaru niesprawiedliwości i ustanowieniu sądów prawdziwych – ław przysięgłych – ekscesy grup przestępczych wmontowanych w Polskę przez obce potencje będą już niemożliwe, przynajmniej formalnie.
Mamy taki wybór. Albo dalej będziemy bydlętami pod obcym knutem, zapatrzonymi w pouczające nas ździry, mamionymi pozorowaniem kolejnych dobrych zmian, albo staniemy się na powrót wolni.  

Realizacja pomysłów Fundacji Lex Nostra niczego nie więc zmienia. Do odzyskania wolności nas nie zbliży.
Pozwoli tylko Trzeciej Rzeszy Pospolitej znów wypuścić parę w gwizdek i zyskać kosztem Polski kilka kolejnych lat – i taki jest sens proponowanych nam tu po raz kolejny fikcji. 
Cui bono, panie dyrektorze?

Mariusz Cysewski

* * *
Kontakt: tel. 511 060 559
ppraworzadnosc@gmail.com
https://sites.google.com/site/wolnyczyn
https://www.facebook.com/groups/517163485099279
https://twitter.com/MariuszCysewsk
http://www.youtube.com/user/WolnyCzyn  
http://mariuszcysewski.blogspot.com  
http://www.facebook.com/cysewski1


[1] Jacek Kaczmarski, Koncert fortepianowy